MZ ETZ 150, MZ SAXON TOUR 500

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Moje Motocykle
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Księga Gości...
 
INTR - MOT
Jordania relacja...

...była jednym z najdłużej planowanych wyjazdów w historii mojego motocyklizmu. Pierwsze wzmianki o bliskim wschodzie pojawiły się na zakończeniu sezonu jeszcze w roku 2009 jako alternatywa dla Kirgistanu. Ograniczeniem był jak zwykle czas, który mogliśmy na wyjazd poświęcić - 3 tygodnie - a i to dla osób pracujących na etacie zwykle marzenie ściętej głowy. Wstępnie zakładaliśmy podróż przez Ukrainę. Najpierw na Krym a następnie z Odessy trzydniowy rejs promem do Gruzji, dalej Turcja, Syria.... Odpadło ze względu na kilometraż... Druga wersja bazowała na przeprawie z Krymu do Rosji i wbiciu się na prom w Sochi do Trabzony w Turcji. Również i to nie wypaliło tym razem ze względu na zawirowanie na liście chętnych na wyjazd w ogóle. Ostatecznie gruba jordańska w składzie Tomek (Tomasz102), Mariusz i Ola oraz Ja z Zosią jechała bezpośrednio do celu przez Europę.

Sama dojazdówka do Turcji to w zasadzie nic ciekawego. Jechaliśmy długo i nocowaliśmy w przypadkowych miejscach na dziko. Pierwszy nocleg na uboczu drogi szybkiego ruchu, drugi z tego co pamiętam gdzieś w Serbii połączony z integracyjnym ogniskiem, trzeci pod gołym niebem na polu winogron w Bułgarii. Temperatury w europie były tragicznie niskie. W nocy spadały nawet do 3 stopni Celsjusza. Mieliśmy za to niesamowite szczęście do deszczu. Przez całą drogę w kierunku Jordanii nie spadła z nieba ani jedna kropla. Widzieliśmy jadąc mokre asfalty, kałuże i ślady po przechodzącej niedawno nawałnicy ale wszystko to działo się gdzieś z boku jakby w innej czasoprzestrzeni.


powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększ

Pierwsze większe atrakcje zapewnił nam dopiero Istambuł . Już na dojazdówce do miasta pojawił się problem z MZ'tą Tomka. Zachęcony osiągami swojej "nowej" 300 przypiłował na zjeździe świeżo złożony silnik i chwyciło mu tłoka przy 120 km/h. Tomek wyszedł z opresji bez bólu, ale wróciła stara usterka jego MZ'ty pamiętająca jeszcze wyprawę do Czech z 2008 ;) Wystrzał z tłumika przy próbie odpalenia tak głośny, że salwa z artylerii przeciwpancernej może się przy tym schować. Po dziesiątkach prób odpalenia (połączonych z regulacjami zapłonu), zdewastowaniu moich bębenków słuchowych podczas prób sprzętu na pych, maszynę udało się uruchomić. Ruszyliśmy dalej, ale w odczuciu Tomka MZ'ta wyraźnie straciła na mocy. Prędkość przelotowa spadła nam do 70 - 80 km/h i w końcu zapadła decyzja o rozdzieleniu się. Mariusz z Olą mieli pojechać do Istambułu poszukać jakiegoś noclegu, a my z Tomkiem, wyposażeni awaryjnie w linkę holowniczą ruszyliśmy przed siebie tempem możliwym dla 250'tki.


powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększ

Decyzja o rozdzieleniu hmm..., okazała się mało rozsądna i wynikała z braku wyobrażenia o tym, co to jest Istambuł. Miasto jest potężne. Już na kilkadziesiąt kilometrów przed centrum autostrada rozrasta się do 4 pasów, po których samochody nie jeżdżą, tylko zapierdalają. Tutaj można zapomnieć o regułach jazdy, jakie funkcjonują w europie zachodniej a klakson staje się Twoim najlepszym przyjacielem. Wymaga to chwili przyzwyczajenia, ale okazuje się niezwykle skuteczne i ruch odbywa się zaskakująco płynnie. Rzekłbym nawet, że znacznie płynniej, niż w naszym klasycznym pojęciu o ruchu drogowym. Zasada jedna: maksymalne skupienie, jazda ponad 100 km/h i ruch na wyczucie. Kierunkowskaz, osoba na pasie obok minimalnie zwalnia, powstaje chwilowa szczelina w którą wjeżdżamy bez zawahania. Chwila zwątpienia i możemy zapomnieć o zmianie pasa.

Miałem nawigacje ze szczegółową mapą, więc mieliśmy okazje "pobłądzić" sobie po centrum i choć jeździ się naprawdę ciężko efekty wizualno-dźwiękowe są niezapomniane. Jazda wąskimi, miejskimi uliczkami, które tętnią nocnym życiem. Wydaje się, że miasto nigdy nie śpi. Nie jest to miejsce, które da się poznać jedynie przejazdem. Do Istambułu przyjeżdża się na dwa tygodnie ze zorganizowaną wycieczką, smakuje życia nocnego i poznaję już zupełnie inną od naszej kulturę. My nie mieliśmy czasu pozostać tutaj na dłużej, nie mogliśmy znaleźć żadnego hotelu i ostatecznie jakimś cudem spotkaliśmy się z "Mariuszami" na tych samych bramkach na drodze wylotowej na Ankarę. Hotel w przyzwoitej cenie udało nam się znaleźć dopiero daleko za Istambułem.


powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększ

W tym miejscu nie miałem już akumulatora. Wysiadła jedna z cel i prądu starczało tylko na przeskok iskry przy odpalaniu na kopa. Ładowanie było sprawne więc z taką baterią dojechałem już do końca wyjazdu. Kopajka okazała się być zbawieniem i kolejnym plusem wpisanym na listę zajebistości tego pojazdu ;)

Zamiast Istambułu postanowiliśmy zabawić na chwile w bardziej dostępnej Ankarze a dodatkowym powodem postoju był stan mojej tylnej opony. Założona na wyjazd nowa heidenau k66 110/80 schodziła na ostrych asfaltach Turcji w tak oszałamiającym tempie, że w tym momencie nie miałem już ponad połowy z nominalnej głębokości bieżnika. "Zabawy" było przy tym co niemiara. Turcy choć chętni do pomocy z angielskiego czy niemieckiego nie znali nawet podstaw. Ostatecznie za pomocą jednego z lokalnych, który wsiadł ze mną na MZ'te i prowadził do sklepu, google translatora i dziesiątek telefonów do ichnich znajomych, znajomych udało się kupić nową, turecką gumę w odpowiednim rozmiarze.

W tym momencie mogę powiedzieć, że okazało się to zupełnie niepotrzebne. Po zużyciu się bieżnika do "poziomu roboczego" jego stan "zatrzymał się" i dojechałem na tej oponie do domu mając jeszcze niewielki, ale jednak zapas.

Tomek wykorzystał moją nieobecność na odhaczenie kolejnej rzeczy na liście zadań do wykonania przed śmiercią. Dał się ogolić w profesjonalnym tureckim zakładzie. Osobiście nie widziałem całej procedury, ale wrażenia ponoć niezapomniane. Poznaliśmy również starszego Turka, który podróżował rowerem na dosyć pokaźnych dystansach. Nie wiem gdzie i kiedy ale pisały o nim gazety, które nam przy okazji pokazał. Szkoda, że bariery językowe nie pozwalają na rozmowę inną niż pismem obrazkowym gdyż środek lokomocji jakim jest motocykl zwykle wzbudza spore zainteresowanie i bardzo ułatwia integrację.

Wyposażeni w nową gumę, syci i jednoosobowo lżejsi o zarost ruszyliśmy w stronę granicy syryjskiej próbując w mijanych na trasie miejscowościach poszukać nowego, kompletnego zapłonu do Tomka MZ'ty. Bez rezultatu. Choć znajdujemy w końcu sklep/warsztat z częściami do kanuni, nie byliśmy wstanie się dogadać. Pamiętny był również jeden z noclegów na dziko, gdzie po znalezieniu miejscówki dość miernej jakości i ostatecznym zadomowieniu się usłyszeliśmy wystrzały z broni palnej. Czytałem przed naszym wyjazdem o Turkach ze strzelbami biegającymi za nieproszonymi gośćmi, więc po paru seriach postanowiliśmy grzecznie się oddalić. Za kilka kilometrów znaleźliśmy inne, bardziej "gościnne" miejsce.

Na granicy wszystko idzie w zasadzie dość gładko ale już po stronie syryjskiej papierologia i pielgrzymki z okienka do okienka połączone ze zbieraniem "opłat wjazdowych" mogą przyprawić nieobytego z tym człowieka o zawrót głowy. Nie pamiętam już dokładnie co, jak, gdzie i dlaczego ale suma sumarum zostawiliśmy tam chyba z 1000 zł od motocykla i zmarnowaliśmy - choć jest to bardzo przyzwoitym wynikiem - ze 2 godziny. Od spędzenia na przejściu całego dnia "wybawiła nas" przypadkowo spotkana inna grupa motocyklistów z Polski, która zdążyła już przebrnąć przez całe to zamieszanie i częściowo rozjaśniła dość skomplikowane procedury wjazdowe.


powiększpowiększ

Zaczyna się dla nas inny świat. Obieramy kierunek na Damaszek, ale początkowo omijamy autostradę wybierając lokalne drogi. Chcemy zobaczyć jak żyją Syryjczycy, ocenić wygląd miast i wsi. Śmigamy nocą, więc jazda przyprawiona jest szczyptą tutejszego nocnego klimatu i dodatkiem kropli adrenaliny. Myśl "czy tu nie zabijają i nie gwałcą w pupę" wracała każdorazowo przy chęci na chwilowy postój gdzieś na wsi ;) Nasze Kobiety wzbudzały spore zainteresowanie, a w szczególności Ola przez swoje odkryte blond włosy. W każdym razie nie zatrzymywaliśmy się na dłużej w niewiadomych miejscach. Zaczynało się od zbiegowiska dzieciaków, po czym schodziła się dorosła męska część wioski. Dogadać się z nimi nie sposób ale z gestów zwykle wynikało, że zapraszają nas do siebie. Europejskie uprzedzenie o czających się za każdym rogiem zabójcach nie pozwoliło mi nigdy na korzystanie bez stresu z takich propozycji. Uważam to za duża wadę naszej kultury, która w obrazie obcego człowieka w pierwszej kolejności widzi terrorystę i złodzieja. Tymczasem w takich krajach jak Syria funkcjonuje jeszcze zwyczaj zgodny ze staropolskim przysłowiem "Gość w dom, Bóg w dom", o czym w dalszej części podróży mieliśmy okazję się przekonać...

Ruch drogowy Syrii zasługuje na osobny akapit. Gdy zdecydowaliśmy się już na powrót na autostradę a wjazd wg nawigacji pojawił się niedaleko naszej bieżącej pozycji okazało się, ze hmm... droga oficjalnie nie istnieje. Wjazdu nie ma, a kierunek wskazany przez nawigację prowadzi na gruzowisko. Ale... Wiadukt, który widniał na mapie jest, drogę też widać i coś tam od czasu do czasu jeździ. Wniosek - da radę tamtędy śmignąć ;) Chwila poszukiwań, mały offroad po gruzowisku i już jedziemy autostradą "na czarno" pod prąd! Pasy ruchu były oddzielone betonem i akurat trafiliśmy na lewy. Z naszym pojęciem o zasadach ruchu drogowego, jazda pod prąd wymagała chwili przyzwyczajenia, ale dla lokalnych było to całkowicie normalne. Droga jak każda autostrada w budowie zaskakiwała hałdami ziemi na środku jezdni, betonowymi blokami ustawionymi w poprzek i nagłym końcem asfaltu równego z jazdą po kamiennej podsypce ale komu by to przeszkadzało...

...więc jedziemy sobie w linii całą szerokością drogi aż tu nagle pasy rozdzielają się (a wcześniej zmieniliśmy swój na prawidłowy). Mała niespodzianka dla jeżdżących nielegalnie zamiejscowych. Kto jadąc samochodem osobowym na wjeździe "wylosował" lewy pas - jechał do końca. Prawy pas po około 20 km kończył się nagle placem budowy. Po lewej urwisko, po prawej gruzowisko. Dla samochodów nie było żadnej możliwości zmiany pasa po drodze. My przecisnęliśmy się wcześniej przez szczelinę powstałą miedzy słupami wiaduktu ale było to kilka kilometrów wstecz. Na pierwszy rzut oka sytuacja wyglądała nieciekawie. Chwila poszukiwań i znalazła się ścieżka idąca przy urwisku. Prowadziła na "zagracony" kamlotami wjazd na dalszą część asfaltu, z którymi walczyła grupa Syryjczyków próbująca przecisnąć się tamtędy samochodem terenowym. Udało im się, więc my tym bardziej nie mieliśmy już problemu, aby tamtędy przeskoczyć. Cały pas autostrady dla nas. Jak żyje, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. ;) Droga już bez niezwykłych niespodzianek doprowadziła nas do prawidłowej legalnej autostrady przy czym wyjście prowadziło na prawy pas, a chcieliśmy pojechać lewym... Zawracanie i jazda pod prąd na autostradzie? No problemo ;) Nocleg znaleźliśmy na przypadkowej stacji benzynowej. Właściciel miał niewykończone mieszkanie w budynku stacji, które (częstując nas uprzednio mocną kawą) udostępnił nam bez opłat dodatkowych.

Damaszek był jedynym Syryjskim miastem, w którym postanowiliśmy zabawić na dłużej. Chwila poszukiwań polecanego przez przewodnik hotelu i już jesteśmy zameldowani. Z zewnątrz wyglądał niepozornie, ale oferowany standard był wysoki. Komunikacja z właścicielem w języku angielskim odbywała się w sposób bezproblemowy a legowisko znajdowało się na zadaszonym poddaszu. Jest to powszechny zwyczaj i sposób na obniżenie kosztów.


powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększpowiększ
powiększpowiększpowiększ

Zwiedziliśmy stare miasto, meczet Umajjadów, słynne ogromne targowisko na którym handlarze jeżeli tylko usłyszą skąd jesteś, atakują w języku polskim. "jak się masz", "część", "zobacz co mam", "Kraków piękne miasto" i takie tam. Nie omieszkaliśmy skosztować lokalnej kuchni ulicznej oraz słynnych lodów, które na tym targowisku przyrządzają. Ręcznie formowane, optoczone w orzechach i podane w waflu. Wieczór upłynął przy herbacie, fajce wodnej i nocnym spacerze po ciasnych uliczkach starego miasta. Dnia następnego, po naprawie ładowania w 250'tce obraliśmy kierunek na Jordanie. Był to początek problemów z elektryką, której Tomek nie ogarnął przed wyjazdem w stopniu dopuszczającym ;) Czasu starczyło mu jedynie na silnik, który mechanicznie nigdy nie zaprotestował.

Granica Syryjsko-Jordańska i kolejna bitwa z papierami. Opłaty wyjazdowe i wjazdowe oraz zwrot "Welcome to Jordan", który zachodniemu turyście powtarza każdy urzędnik państwowy. Zdecydowanie bardziej tu "zachodnio". Biura celników nie przypominają slumsów, policja jeździ A8 (Syria - stare merce beczki) a znajomość języka angielskiego jest na bardzo wysokim poziomie. Pierwsze wrażenie jest niesamowite. Bogactwo, przepych i kultura. Taki obraz wynoszą z tego kraju osoby, który przyjeżdżają tutaj samolotem. Rzeczywistość wygląda jednak mniej kolorowo. Już przy granicy syryjsko-jordańskiej tubylcy stali się podejrzanie dziwni i po raz pierwszy obrzucano nas kamieniami. Nie był to w żadnym wypadku przypadek odosobniony w tym cywilizowanym kraju.


copyright: intr